20.12.12



Drodzy czytelnicy, najmocniej Was przepraszam, ale  chwilowo zawieszam działalność blogu. Zamierzam zmienić nieco jego formułę. Nadal będzie o polskiej przyrodzie, tylko że trochę inaczej. Serdecznie zapraszam po Nowym Roku.

13.12.12


- Nie rób zdjęcia tropom psa – pouczył mnie Kacper.
- Dlaczego? – zdziwiłem się.
- Tato – westchnął mój syn – przecież wszyscy wiedzą, jak one wyglądają…
Wysłuchałem Kacpra uprzejmie, ale i tak zrobiłem zdjęcie. 
Tropy psa na śniegu.
W końcu tak piękny śnieg nie trafia się ostatnio zbyt często. Podczas naszej ostatniej wycieczki w przyrodę las był wprost przysypany pięknym białym puchem. Wzięliśmy sanki ze sobą i Kacper, Ida oraz ich siostra cioteczna Maja rozbiegli się w poszukiwaniu dogodnych do zjeżdżania stoków. A ja zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu tropów zwierząt. Taki śnieg to przecież doskonała okazja, by dowiedzieć się, co zimą żyje w lesie, do którego jeździmy na wycieczki. Zwierzęta starają się być cicho, a krzyki dzieci nieraz je płoszą. Trudno więc zobaczyć te wszystkie sarny, dziki, łosie czy kuny, które tu mieszkają. Świeży śnieg stwarza doskonałą okazję nadrobienia braków w wiedzy. Każdy ruch zwierząt o każdej porze dnia zostawia na ziemi wyraźny ślad. Liczyłem, że uda nam się przynajmniej część z nich zobaczyć i rozszyfrować. Dlatego zabrałem też ze sobą doskonały przewodnik: „Sztuka tropienia zwierząt” Włodzimierza Jędrzejewskiego i Wadzima Sidarowicza. Miał on nam pomóc w rozpoznawaniu tego, co zobaczymy.

6.12.12



 „Zjawiska zachodzące w powietrzu otaczającym kulę ziemską” – przeczytała na głos Ida.
- Atmosferyczne – odpowiedziałem prędko.
- Nie pasuje – odparła moja córka pochylona nad zeszytem ćwiczeń z przyrody.
– O, jeszcze tego nie wiem – znów zaczęła czytać na głos – „Spadek temperatury do minus trzech stopni Celsjusza”.
- Ochłodzenie – powiedziałem, już nieco mniej pewnie.
- Nie pasuje – głos Idy wprawił mnie w zdenerwowanie.
Sądziłem, że jako zawodowy popularyzator wiedzy o przyrodzie, bez trudu pomogę jej w rozwiązywaniu krzyżówki z ćwiczeń do przyrody klasy czwartej szkoły podstawowej. Jak widać, myliłem się. 

23.11.12

 Staw w Parku Wilanowskim. Po prawej drzewo obgryzione przez bobry.
- To chyba dobrze, że tu zrobili te stawy, no nie? – Kacper wpatrywał się we mnie, czekając na potwierdzenie jego tezy.
- To zależy – odparłem wymijająco.
- Dlaczego? – zdziwił się. – O, zobacz, bobry tu mieszkają – wskazał na pnie drzew świeżo obgryzione przez ziemnowodne gryzonie. – Ptaki tu żyją, różne owady. Chyba dobrze, nie?

15.11.12


Liście dębu szypułkowego
- Wiem, wiem, ten z Ameryki ma takie ostre liście – żachnął się Kacper.
Podczas naszej ostatniej wycieczki do lasu zbierałem liście, które opadły z drzew. Próbowałem nauczyć dzieci, jak je odróżniać. Dość łatwo rozpoznać na przykład liście klonu czy dębu. Gorzej, gdy przyjdzie do rozróżniania gatunków. Liście dębów są przecież dość podobne do siebie. Najbardziej wyróżnia się dąb czerwony, który pospolicie rośnie w naszych lasach, choć nie jest rodzimym gatunkiem Polski. Przywieziono go z Ameryki i tak dobrze się zadomowił w naszym kraju, że aż stał się problemem. Jego liście, tak jak słusznie Kacper zauważył, mają ostre zakończenia, podczas gdy u rodzimych polskich dębów są one zaokrąglone.
Liście dębów czerwonego (na górze) i szypułkowego (na dole zdjęcie)
- Tato – przerwał mi Kacper – ale właściwie jak określa się gatunek?
- Nie rozumiem – odparłem.
- No jak określa się gatunek? – powtórzył z niecierpliwością mój syn.
- Nadal nie rozumiem. Chodzi ci o to, po jakich cechach rozpoznaje się gatunki, czy też co to w ogóle jest gatunek?

8.11.12


- A dlaczego one mają zielone tylko na górze? – zagaiła Ida podczas naszej ostatniej wycieczki do lasu.
- Nie rozumiem – zirytowałem się. – Jakie one? Jakie zielone? Na jakiej górze?
- No drzewa przecież – Ida wzruszyła ramionami i wskazała na wysokie sosny, które właśnie mijaliśmy. Gdy las ogołocił się z większości liści, ich korony stały się jeszcze bardziej widoczne.
- Zobacz – tłumaczyła moja córka – one są zielone tylko na górze. A wszędzie tu – wskazała na pień drzewa – nie ma nic.

31.10.12


Pierwszy śnieg. Październik 2012. Fot. W. Mikołuszko
- Śnieg, śnieg! – Kacper wybiegł z łóżka w sobotę i budził wszystkich domowników.
- Przecież widzę – odparłem zaspany. – Topi się. To pewnie śnieg z deszczem…
- Nie, nie topi się. Już go dużo. Zobacz, wyjrzyj przez okno – krzyczał dalej mój syn.
Nie było rady. Wyjrzałem przez okno. Pierwszy śnieg rzeczywiście rozkładał się po chodnikach i trawnikach. Wbrew moim przypuszczeniom nie roztopił się. Ani w sobotę, ani w niedzielę, gdy pojechaliśmy na wycieczkę do lasu. Nadal pokrywał ziemię, łąki, pola i drzewa. Wiele gałęzi, wciąż jeszcze obwieszonych liśćmi, pod dodatkowym ciężarem złamało się, spadło i leżało na trasie naszej wędrówki. 
Pierwszy śnieg. Październik 2012. Fot. W. Mikołuszko
A mnie zastanowiło, czy to, że pierwszy śnieg spadł tak wcześnie, to coś zaskakującego, czy nie?

25.10.12





- No taki szary jak wróbel – Kacper już był trochę zdenerwowany wyjaśnianiem mi, co właśnie zobaczył.
- Nie widzę, Kacper, nie widzę – rozglądałem się dookoła nieco zagubiony.
Zwykle to ja pierwszy dostrzegam jakieś ptaki w lesie i potem denerwuję się, że dzieci ich nie potrafią wypatrzeć. Tym razem było na odwrót.
- O, na tamtym drzewie – mój syn wskazywał mi palcem. – Zobacz, łazi po pniu, do góry.
- A jak łazi po pniu do góry to musi być…

19.10.12


- Tato, a co oni tam robią? – Ida i Kacper wskazali na dwie osoby, które wędrowały po lesie niedaleko nas. Dzieci były zdziwione, bo ludzie napotykani przez nas podczas wycieczek w przyrodę, zazwyczaj gdzieś się śpieszą, biegną albo głośno ze sobą rozmawiają. Ci zaś byli cicho, szli powoli i dokładnie oglądali ziemię pod nogami.
Trudną na pozór zagadkę rozwiązałem bardzo szybko:

11.10.12

O eksperymencie, jakiemu poddaliśmy kolorowe jesienne liście

Jesienne liście przyniesione z lasu. Fot. W. Mikołuszko
- Tato, ty zbierasz liście? – zdziwiły się dzieci.
- A, tak… - westchnąłem. – Chcę sprawdzić taki jeden eksperyment.
I znów podniosłem z ziemi kolorowy liść, obejrzałem go, po czym włożyłem do kieszeni.

4.10.12

O dzięciole i jego kuźni
- Tato, słyszę go – zawołała Ida.
Zamilkliśmy. Z koron drzew dotarł do nas jakiś szum, stukot i skrzypienie. Przysłuchiwaliśmy się mu uważnie.
- E… - przerwałem ciszę. – To nie dzięcioł. To wiatr rusza gałęziami drzew.
Naraz jednak dosłyszałem coś innego. W koronie wysokiej sosny rozległo się inne stukanie. Wyraźne, głośne, nie do pomylenia z czymkolwiek innym.
- Ida – krzyknąłem – wrócił. Patrz tam, na uschniętej gałęzi odchodzącej od pnia w prawo.
Podałem mojej córce lornetkę. Z trudem nakierowała ją na wspomniany konar.
- Widzisz? – zapytałem.
- Uhm – mruknęła bez przekonania.
Dzięcioł był rzeczywiście trudny do zauważenia. Zrobiłem mu zdjęcie aparatem  bez teleobiektywu, ale poza sosną, na której siedział, niewiele na nim widać:
Sosna, na której gałęzi dzięcioł duży urządził sobie kuźnię. Fot. W. Mikołuszko
Nawet po przybliżeniu dzięcioł jest słabo widoczny, niemniej da się już dostrzec czarno-białe upierzenie i czerwoną plamę pod ogonem. 
Dzięcioł duży na swojej kuźni (zdjęcie wycięte z większej fotografii). W. Mikołuszko

28.9.12

Żuki w lesie.
 - Kacper, przestań… – jęknęliśmy wraz z Idą.
- No co? Ja tylko udaję Amerykanina, który przyjechał do Puszczy Kampinoskiej – odpowiedział Kacper i znów zaczął biegać wokół nas powtarzając – Kempeska, Kempeska, Kempeska…
Nie byliśmy już w stanie tego słuchać. Pojechaliśmy na wycieczkę do Puszczy Kampinoskiej, żeby pooglądać przyrodę. Wybraliśmy prosty i krótki szlak. Niestety, na początku niewiele udało nam się zobaczyć. Kacpra zaś rozsadzał nadmiar energii, której nie miał gdzie rozładować.
- O, gnojarz – naraz zakrzyknął, przerywając zabawę w „Amerykanina w Puszczy”. Odetchnęliśmy z ulgą. – Tata, patrz, on toczy kulkę!
Pochyliłem się. Na środku leśnej ścieżki żuk wciągał właśnie kulę nawozu do wygrzebanej w ziemi norki. 
Żuk pod kulą nawozu, którą wciąga do wykopanej przez siebie norki. Fot. W. Mikołuszko

20.9.12

O żołędziach - leśnych owocach, smacznych dla zwierząt, ale czy dla ludzi też?

Leśna wspinaczka. Fot. I. Mikołuszko
- Berek! – krzyknąłem, wrzuciłem Idusi żołędzie za ubranie i uciekłem.
Sami wymyśliliśmy tę zabawę. Podczas naszej niedawnej wycieczki do lasu zobaczyliśmy takie masy żołędzi, że aż się prosiły o wykorzystanie. 
Żołędzie - owoce dębu szypułkowego. Fot. W. Mikołuszko
Zaczęliśmy więc od „berka żołędziowego”. Zabawa polega na tym, by dogonić inną osobę i wrzucić jej żołądź za ubranie. Jak się uda, to drugi uczestnik zostaje berkiem i rusza w pogoń za pozostałymi. Pamiętaliśmy też o innych zabawach. Z żołędzi można przecież budować ludziki i zwierzątka – potrzebne są jedynie patyczki lub zapałki do wtykania. Ale czy coś jeszcze?

14.9.12

Wiem, kto zamieszkał u naszych czytelników! Ela z Edusio.pl przysłała nam informację o zwierzątku, które się u niej zadomowiło. Stwór najczęściej siedzi na suficie, czasem znika na kilka dni, potem znów się pojawia. Opowieści towarzyszyło zdjęcie:
Samiec czaika jesiennego. Fot. Edusio.pl

11.9.12

O spotkaniu z pięknym wężem: zaskrońcem
- Tato, wąż! – krzyknęła Ida wskazując palcem w dół.
Stała na mostku, który przechodził nad niewielką rzeką w lesie. Poniżej znajdował się jaz, którym regulowano poziom wody w rzece i w sąsiadujących z nią stawach. A wokół jazu rozlały się płytkie, szerokie i porośnięte glonami kałuże. I właśnie środkiem jednej z nich płynął wąż, zaskroniec.
Pobiegłem zrobić mu zdjęcie. Wskoczyłem do kałuży i wycelowałem obiektyw.
Zaskroniec. Fot. W. Mikołuszko

5.9.12

O ryjówce, co prawda zdechłej, ale...
Martwa ryjówka (chyba aksamitna). Fot. W. Mikołuszko
- O, mysz! – zawołał Jaś.
Pochyliłem się nad drobnym zwierzęciem o ciemnoszarym futerku. Leżało na bocznej, mało uczęszczanej drodze. Było martwe.
- To nie mysz, to ryjówka – poprawiłem Jasia.
- Przypomina jeża – dodał jego brat, Jurek.
- Brawo – zawołałem z uznaniem. – Ryjówka rzeczywiście jest krewną jeża!
Byłem pod wrażaniem. Ryjówki są zazwyczaj mylone z myszami. Podobnej wielkości, pokryte szarym futerkiem, przemykają gdzieś pod nogami. Myszy jednak, podobnie jak szczury, chomiki czy wiewiórki, należą do grupy ssaków zwanej gryzoniami. Natomiast ryjówki są zaliczane do ssaków owadożernych, do których należy też właśnie wspomniany przez Jurka jeż. Jak chłopak to odgadł?

28.8.12

- Tygrzyka to bym poznał z zamkniętymi oczami – oznajmił Kacper.
No, to już była przesada. Owszem, tygrzyk to pająk o tak charakterystycznym wyglądzie, że trudno go z czymkolwiek innym pomylić. Nie dość bowiem, że jest duży, to na dodatek jego tułów pokryty jest żółto-czarnymi paskami, prawie jak osa. O, proszę zobaczyć:
Tygrzyk paskowany. Fot. W. Mikołuszko
Mimo to trudno mi sobie wyobrazić, jak z zamkniętymi oczami dostrzec ten charakterystyczny wzór. 

22.8.12

Muszla błotniarki z muszelkami w środku. Fot. W. Mikołuszko
- Patrz, wujek, ona rodzi małe ślimaczki – Jaś pokazał mi muszlę, którą przed chwilą wyjął z wody.
Rzeczywiście, w jej środku znajdowało się chyba z kilkanaście innych małych muszelek. 
- Nie, nie rodzi – odparłem. – Zobacz, te muszelki też są puste. A poza tym takie ślimaki składają jaja, a nie rodzą żywych młodych.
W narwiańskim starorzeczu. Fot. W. Mikołuszko
Jaś wyrzucił więc małe muszelki i w ciszy dalej przyglądał się wodzie, a właściwie całej masie roślin, które w niej rosły. Sunęliśmy kajakiem przez starorzecze Narwi. Tędy musiała kiedyś płynąć rzeka, ale jak to z nią bywa, zmieniła koryto i teraz toczyła swe wody inną drogą. Pozostawiła po sobie tylko zbiornik połączony wąskim przejściem z głównym nurtem. Jaś (o którym już tu i tu pisałem) lubił ze mną wpływać na to starorzecze. 

16.8.12

- To już trzecia – westchnął Adaś, kuzyn Idy, Kacpra i Jacka.
Prawdę mówiąc, sądziłem, że moje odkrycie zrobi na nich większe wrażenie. Gdy siedzieliśmy wieczorem na podwórku nagle dostrzegłem dziwny ruch w piaskownicy. Szybko podszedłem bliżej, by przekonać się, że utknęła tam malutka jaszczurka oblepiona ziarnami piasku. Zrobiłem jej zdjęcie, ale z powodu zmierzchu i pośpiechu nie wyszło najlepiej. Proszę bardzo:
Młoda jaszczurka, najprawdopodobniej zwinka. Fot. W. Mikołuszko
Zawołałem dzieci. Przybiegły, ale były zdecydowanie mniej podekscytowane niż sądziłem. Adaś wziął jaszczurkę do ręki, by przenieść ją w bardziej bezpieczne miejsce:
Młoda jaszczurka, najprawdopodobniej zwinka. Fot. W. Mikołuszko

A jednocześnie zaczął mi tłumaczyć:

10.8.12


Ledwie parę dni po tym, jak uratowaliśmy dzięcioła dużego, możemy się pochwalić kolejnym sukcesem. Tym razem jest on całkowitą i wyłączną zasługą Idusi.
- Bo to było tak – opowiadała moja córka. – Zobaczyłam, że kot chce zjeść jaskółkę, a ona zaczepiła się nóżkami o siatkę na krześle i nie mogła uciec, więc podeszłam, a ona rzuciła się w poduszki na drugim fotelu, a za nią kot, więc włożyłam rękę i ją stamtąd wyjęłam.
Ida ratuje młodą jaskółkę dymówkę. Fot. W. Mikołuszko

8.8.12

O tym, jak uratowaliśmy dzięcioła
- Wojtek! Wojtek! – krzyk mojej żony był tak pełen przejęcia, że natychmiast rzuciłem pracę i pobiegłem na balkon.
Akurat byliśmy u dziadków Idy, Kacpra i Jacka. Ich mama wraz z najmłodszym wyszła na balkon, który ogrodzony jest przezroczystymi płytami. Gdy wbiegłem tam, od razu zobaczyłem, co się stało. Między krzesło a płytę zaplątał się dzięcioł. Przestraszony swoją sytuacją próbował wyrwać się, ale bez przerwy uderzał w przezroczystą płytę. Widział za nią drzewa, łąki i wolność, ale nie potrafił zrozumieć, że tędy nie przeleci, że trzeba podskoczyć nieco wyżej, a już odzyska upragnioną swobodę. Podszedłem do niego i złapałem go chwytem wyuczonym podczas obrączkowania ptaków
Młody dzięcioł duży (ratowany przed rozbiciem się o ogrodzenie). Fot. I. Mikołuszko

3.8.12

W poszukiwaniu zwierząt nad morzem. Fot. W. Mikołuszko
- Tato, chodź tu! – wołał Kacper.
Chwilę wcześniej straciłem go z oczu. Schował się gdzieś między kamieniami na plaży. Ten dzień wakacji spędzaliśmy akurat nad morzem. Ale nie było mowy o leżeniu i opalaniu się. Po pierwsze pogoda nie sprzyjała temu. A po drugie: tyle tu było do obejrzenia! Kacper i Ida rozbiegli się w poszukiwaniu przyrodniczych skarbów. Już sam brzeg plaży był zapełniony mieszaniną muszli i kamieni:
Kamienie i muszle na plaży. Fot. W. Mikołuszko
Ale dzieci znalazły coś jeszcze.

21.7.12



Tuż za oknem usłyszałem hałasy. Spokojnie zerknąłem na podwórko, by sprawdzić, co się dzieje. W tym momencie z pojemnika na śmieci wyskoczył szary kłębek futra i pognał na pobliskie drzewo. Wiewiórka. Kolejnego ranka zaczaiłem się na nią, dzięki czemu udało mi się zrobić jej zdjęcie:

Wiewiórka szara przy koszu na śmieci. Fot. W. Mikołuszko

Tak, oczywiście, że to nie jest polska wiewiórka. Nasze mają rude futerko. Ale akurat jesteśmy na wakacjach – w miejscu, gdzie naturalnie żyją wiewiórki szare. Też są ładne, do tego bardzo odważne. Biegają koło naszej kwatery, a rano, gdy jeszcze dzieci śpią, wpadają do śmietników, by wyjadać resztki naszych posiłków. Tak to jest z koszami na śmieci – stały się jednym z ulubionych miejsc spotkań dzikich mieszkańców miast.

10.7.12

Maciuś z Bullerbyn rysuje płoszczycę

- Tato…, polskie dzieci nie lubią robali… - skrzywił się Kacper.
- Ale przecież ty lubisz – zdziwiłem się.
- Ja tak, ale inne dzieci nie… - westchnął.
Zmartwiłem się. Od dawna słyszę i czytam, że dzieci na całym świecie tracą kontakt z przyrodą. Dlatego, gdy  Fundacja Bullerbyn poprosiła mnie, bym podczas jednego z organizowanych przez nią obozów opowiedział dzieciom o swoich książkach, zaproponowałem, że zamiast tego pójdę z nimi „w przyrodę”. Fundacja zgodziła się. Ale Kacper uważał, że nie miałem dobrego pomysłu. W czasie takiej krótkiej wycieczki do lasu, nad łąkę czy rzekę, spotyka się przede wszystkim owady, pająki, czasem też rozmaite skorupiaki czy pierścienice. Wszystko to, co ludzie nie wiedzieć czemu określają wspólnym mianem „robali’. Dlatego, zdaniem mojego syna, dzieci wcale się nie zainteresują tym, co moglibyśmy zobaczyć. Na obóz Fundacji Bullerbyn pojechałem więc nieco zestresowany.

3.7.12

Owoce poziomek. fot. W. Mikołuszko

- Zjadłaś moją poziomkę!
- Mówiłeś, że nie chcesz!
- Wcale nie!
- A właśnie, że tak!
Dyskusja między Idą i Kacprem toczyła się już chyba z dziesięć minut. Usilnie staraliśmy się jej nie słuchać, ale nie bardzo się to udawało. Las wokół nas bzyczał, śpiewał i szumiał w letnim upale, Jacek zasnął w wózku, a starsze dzieci wciąż się kłóciły. Około trzech miesięcy temu opisywałem, jak Ida nudziła się wiosną lesie, marząc o jagodach, poziomkach i malinach. A teraz, gdy leśne owoce dojrzały i tylko czekały, by je zjeść, całą przyjemność zepsuła kłótnia.

26.6.12

Najpierw zauważyliśmy niewielki kopczyk. Miał ciemnoszary kolor, a piasek dookoła, jak to piasek, był żółtoszarobrązowy. Gdy schyliliśmy się, by przyjrzeć mu się bliżej, dostrzegliśmy wejście do małej norki. Musiało ją wykopać jakieś niewielkie zwierzę, zapewne owad. Dość szybko wyjaśniło się, kto to taki. Nie czekaliśmy długo aż przyleciała brunatna pszczoła objuczona żółtym pyłkiem, zatrzymała się na brzegu usypiska i wgramoliła do norki. Po kilku minutach wyjrzała ze środka jej głowa. Dłuższą chwilę rozglądała się dookoła, dzięki czemu mogłem zrobić jej to zdjęcie:
Pszczoła samotnica (prawdopodobnie z rodzaju Evylaeus) w swojej norce. Fot. Wojciech Mikołuszko

19.6.12



Muchołówka szara. Fot. Ewa Przeździecka

Przyglądaliśmy się w ciszy. No, prawie w ciszy. Trochę rozmawialiśmy. Ptaszek przysiadł na drzewie i chwilę później skoczył na gniazdo. Mościł się tam przez moment i zaraz potem zasiadł z gracją na jajkach.

Muchołówka szara na gnieździe. Fot. Ewa Przeździecka

Wiele ptaków zakończyło już pierwsze lęgi. Pisklęta odchowane, więc, wydawać by się mogło, czas na odpoczynek. Ale nie! Liczne drobne ptaki, jak obserwowana przez nas muchołówka szara, w czerwcu przystępują do drugiego lęgu. Od nowa budują gniazda, składają jaja i intensywnie karmią pisklęta. Podobnie czynią te, którym pierwszy lęg się nie powiódł. W końcu wielu drapieżników czyha tylko,  by znaleźć gniazda i pożywić się jajami i pisklętami drobnych ptaków. Wśród amatorów takich dań są choćby domowe koty, sroki, sójki czy kuny. Dlatego gniazda zwykle są budowane w ukryciu, schowane wśród liści, traw, w dziupli czy wysoko na drzewie. Ale nie zawsze. Czasem ptaki zachowują się tak, jakby w ogóle nie bały się drapieżników. Budują gniazda w miejscach, gdzie niemal każdy jest w stanie je zobaczyć.

12.6.12



- I czego one tak rechoczą? – zapytała Ewelina, znajoma Idy i Kacpra podczas naszej ostatniej wycieczki w przyrodę.
Wybraliśmy się do częściowo zalanej wodą żwirowni, o której już tu pisałem. Wtedy, w kwietniu, rośliny dopiero pokazywały pierwsze liście, a żaby i traszki leniwie rozpoczynały gody. Znaleźliśmy wówczas trochę skrzeku (czyli żabich jaj), ale kijanek jeszcze nie było. Tym razem, w czerwcu, sytuacja zmieniła się całkowicie. Żwirownia, szczególnie wokół i w bajorze na jej dnie, wprost kipiała od zieleni. Proszę popatrzeć (i porównać ze zdjęciem sprzed dwóch miesięcy):

Żwirownia z bajorem na dnie

Bajoro na dnie żwirowni - widać m. in. rośliny: pałkę oraz rdestnicę pływającą

W wodzie zaś wprost roiło się od kijanek. Niektóre z nich były prawie gotowe do wyjścia na ląd. O, proszę, tej kijance żaby wyrosły już zarówno nogi przednie, jak i tylne.
Kijanka żaby

4.6.12



- Wujek, zobacz, ile ich znalazłam! – Maja wyciągnęła rękę z plastikowym kubkiem.
Zajrzałem do środku. Na jego dnie leżały liczne podłużne ciemne „patyczki”.
- Chruściki – wyjaśniła Maja.
Ściśle biorąc, samych chruścików już tam nie było.  Zniknęły. Ale my dobrze wiedzieliśmy, gdzie… Sami byliśmy świadkami, jak to się stało.
Chruściki to bardzo ciekawe zwierzęta do obserwacji wraz z dziećmi. Bo - jak przeczytałem niedawno w ciekawej książce Marlene Zuk - „Jeśli chcesz poznawać przyrodę, ale twój młody wiek, brak funduszy lub inne powody uniemożliwiają ci obserwowanie gwiazd bądź badanie kropli wody ze stawu pod mikroskopem, możesz się zająć owadami”.  Na przykład właśnie chruścikami. Tym bardziej, że są pospolite, niegroźne i niepłochliwe, choć dziwnie mało znane.  Chyba dlatego, że tak sprytnie się ukrywają. 

23.5.12




- O zobaczcie, tutaj też pełno mleczy – wskazałem dzieciom trawnik w Warszawie.
- Mleczy? Gdzie? – zdziwili się Ida i Kacper.
- No tu! – podniosłem głos, gdyż śródmiejski trawnik rzeczywiście upstrzony był kulami białego puchu.
- To? To przecież dmuchawce, a nie mlecze – odparły.
- Ale to jest to samo.
- To samo? – zdumienie Idy i Kacpra jeszcze bardziej urosło. – Ale jak w takim razie mlecz zmienia się w dmuchawiec? Jak to możliwe?
Ba, nie dość, że to możliwe, to wręcz konieczne. Sens istnienia mleczy sprowadza się przecież do tego, by potem z nich powstały dmuchawce.

16.5.12



 - Wujek, płaszczyce się zapładniają! – zawołał Jaś.
- Nie płaszczyce, a płOszczyce – poprawiły go inne dzieci.
- Patrz, wujek, tutaj! – Jaś wskazał palcem na rzekę, w której wodzie rzeczywiście przemieszczały się dwa szarobrązowe owady. Oba były wyjątkowo płaskie, cienkie jak liście, a na końcu odwłoka miały długie rurki. Dzięki nim płoszczyce mogą pobierać powietrze do oddychania, bo nie mają skrzeli i zanurzone całkowicie w wodzie po pół godzinie się duszą z braku tlenu.
- A po co im te… no… - Jasiek wskazał na ich przednie odnóża, które były długie i zakrzywione.
- …szczypce? – wszedłem mu w słowo.
- No – odparł. 

8.5.12

Każde dziecko ma swe drzewko, czyli szukamy siewki jesionu


- Widziałem klonów, dęby, świerki, jesienie i szczypior – pochwalił się Jaś swoim rodzicom, gdy wróciliśmy z wycieczki do lasu.
Byłem z niego dumny. Jaś okazał się naprawdę pojętnym uczniem. Z przyjemnością wędrowało się z nim po lesie. Pytał mnie o wszystko i z uwagą słuchał odpowiedzi. Choć, oczywiście, nie wszystko powtórzył rodzicom równie poprawnie. Nie widział przecież klonów, lecz klony. Nie widział dzikiego szczypioru, lecz czosnek niedźwiedzi. A wreszcie nie chodziło o jesienie, lecz jesiony, których zresztą w ogóle nie udało nam się zobaczyć. I to był największy pech tej wyprawy.

27.4.12

A nie wierzyłem! Już podczas obrączkowania ptaków nad morzem, o czym pisałem kilka dni temu, Ida snuła przede mną wizje, jak to po powrocie przygotuje komiks o naszej wyprawie.
- Tak, tak – odpowiadałem. – Dobrze, dobrze. Świetny pomysł.
Nie sądziłem jednak, że coś z tego wyjdzie.
Myliłem się. Wkrótce po powrocie Ida poprosiła mnie, bym przekopiował zdjęcia na pendrive’a i wybrała się do Mai - swojej przyjaciółki z klasy. Jej tato ma podobno na swoim komputerze świetny program do przygotowywania komiksów. Dziewczyny siedziały razem cały wieczór, ale wykonały naprawdę świetną rzecz. Nie mogłem się powstrzymać, by nie zamieścić jej na blogu. Bo może ten komiks bardziej przemówi do wyobraźni dzieci i ich rodziców niż moja poprzednia opowieść? Jeśli tak się stanie, tylko się ucieszę. 
Hm, a może sam będę musiał się nauczyć przygotowywać coś takiego? Tylko czy będę potrafił dorównać Idzie i Mai? Proszę popatrzeć:

Komiks o obrączkowaniu - część pierwsza
©
  by Ida & Maja

Komiks o obrączkowaniu - część druga,
©
by Ida & Maja


23.4.12


Rudzik

 - Ida, chcesz jeszcze kanapkę?
- Potem. Teraz idę na obchód.
- Kacper, a ty? Mlekiem z chrupkami chyba się nie najadłeś?
- Tak, tak, jestem głodny, ale zjem potem. Muszę iść na obchód.
Obydwoje zniknęli w lesie. Ja zaś zostałem z kromką chleba w ręku nad stołem, gdzie stały dwie puste miski po mleku. Zbaraniałem. Oczywiście, gdy zaplanowałem wyjazd na Akcję Bałtycką, czyli wielką coroczną operację obrączkowania ptaków na wybrzeżu naszego morza, marzyło mi się, że dzieci polubią ptaki. Ale nigdy nie przypuszczałem, że będą wstawać codziennie przed szóstą rano, co godzinę biegać na obchody siatek, by pomagać dorosłym w wyjmowaniu zaplątanych w nie ptaków i że nawet będą wolały nie dojeść śniadania niż stracić okazję obejrzenia nowych okazów.