27.2.12




- Mam mokre rękawiczki…
- To weź moje – podałem Kacprowi parę rękawiczek.
- Ja też mam mokre… - jęknęła Idusia.
- Kacper, daj jedną Idusi i sobie zostaw drugą – próbowałem jakoś zaradzić trudnej sytuacji.
- Ale ja mam też mokrą kurtkę – dodała Ida.
- A ja buty… - westchnął Kacper.
Na to już nie mogłem nic poradzić. W czasie naszej ostatniej wycieczki do lasu lało tak mocno, że właściwie niewiele zobaczyliśmy. Nie chciało mi się nawet wyjmować lornetki ani aparatu  fotograficznego. Głowę zakryłem kapturem i szedłem dziarsko przed siebie. Dzieci przez pewien czas szalały na śniegu, który jeszcze nie zdążył się roztopić, ale gdy już przemokły całkowicie, zmarkotniały i zaczęły marudzić, kiedy wreszcie dojdziemy do domu…
A skoro już tak mokniemy i niewiele widzimy, to wrócę do czasu, gdy jeszcze panował mróz i śnieg, jak na porządną zimę przystało. Wówczas to, podczas jednej z naszych wycieczek „w przyrodę”, napotkaliśmy świeżo nadgryzione pnie drzew. Obok leżały wióry, a na śniegu widniały tropy zwierząt. Łatwo było rozpoznać, że mamy do czynienia z bobrami.

14.2.12



- Tato, trzeba jeździć powoli. Tak jak ja – Ida elegancko ruszyła po lodzie na łyżwach. - A ja nie chcę! Wolę jeździć szybko – stęknąłem, nadal leżąc. Już dawno przestałem liczyć swoje wywrotki. Oparłem się na dłoniach i powstałem. Chwiejąc się jeszcze, zobaczyłem Kacpra, który stał obok i miał bardzo dobry humor. Jeszcze godzinę temu zamartwiał się, że nie wziął łyżew, ale teraz, widząc mój los, wyglądał na ucieszonego. Mroźna zima, która znienacka zaatakowała Polskę, ścięła lodem położne w lesie stawy, nad które często jeździmy na nasze przyrodnicze wycieczki. Za pierwszym razem, gdy to zobaczyliśmy, stanowczo zabroniłem dzieciom wchodzić na lód. Nasłuchałem się przecież opowieści o tym, jak to pękał on pod ludźmi, którzy wpadali potem w przeraźliwie zimną wodę. „Oj, tato, nie bój się” – łagodziły mój strach dzieci. Byłem jednak nieugięty. Do czasu, gdy na lodzie dojrzeliśmy grupki spacerowiczów, potem narciarzy, a wreszcie łyżwiarzy. Gdyby lód był zbyt cienki, załamałby się bez wątpienia pod ciężarem tych licznych wędrowców.

6.2.12



- Tata, chodź, kawka! -  krzyczały dzieci.
- E, tam kawka… - odparłem.
Podszedłem jednak do okna. I rzeczywiście, w naszym karmniku siedziała kawka, do której chwilę potem dołączyły dwie kolejne.
- Ja tam wolę sikorki… – powiedziałem.
- Przecież kawki są ciekawe – zdziwiły się dzieci.
- No, jest, jest – westchnąłem i przyjrzałem się uważniej gościom na naszym balkonie.
Mieszkamy na osiedlu, z dala od dużych parków czy lasów. Z naszych okien widać głównie inne bloki. Niewiele ptaków znajduje więc nasz karmnik zimą. Najbardziej cieszę się, gdy wpadają tu sikorki – bogatki oraz modraszki. Są bardzo inteligentne, ciekawskie jak dzieci i kolorowe. Przypominają mi las i dziką przyrodę. Mniej cieszą mnie odwiedziny typowych mieszczan: wróbli, srok czy właśnie kawek. Ida i Kacper lubią również tych gości. Może dlatego udało mi się namówić mego syna, by przygotował rysunek, który załączam na górze.