31.10.12


Pierwszy śnieg. Październik 2012. Fot. W. Mikołuszko
- Śnieg, śnieg! – Kacper wybiegł z łóżka w sobotę i budził wszystkich domowników.
- Przecież widzę – odparłem zaspany. – Topi się. To pewnie śnieg z deszczem…
- Nie, nie topi się. Już go dużo. Zobacz, wyjrzyj przez okno – krzyczał dalej mój syn.
Nie było rady. Wyjrzałem przez okno. Pierwszy śnieg rzeczywiście rozkładał się po chodnikach i trawnikach. Wbrew moim przypuszczeniom nie roztopił się. Ani w sobotę, ani w niedzielę, gdy pojechaliśmy na wycieczkę do lasu. Nadal pokrywał ziemię, łąki, pola i drzewa. Wiele gałęzi, wciąż jeszcze obwieszonych liśćmi, pod dodatkowym ciężarem złamało się, spadło i leżało na trasie naszej wędrówki. 
Pierwszy śnieg. Październik 2012. Fot. W. Mikołuszko
A mnie zastanowiło, czy to, że pierwszy śnieg spadł tak wcześnie, to coś zaskakującego, czy nie?

25.10.12





- No taki szary jak wróbel – Kacper już był trochę zdenerwowany wyjaśnianiem mi, co właśnie zobaczył.
- Nie widzę, Kacper, nie widzę – rozglądałem się dookoła nieco zagubiony.
Zwykle to ja pierwszy dostrzegam jakieś ptaki w lesie i potem denerwuję się, że dzieci ich nie potrafią wypatrzeć. Tym razem było na odwrót.
- O, na tamtym drzewie – mój syn wskazywał mi palcem. – Zobacz, łazi po pniu, do góry.
- A jak łazi po pniu do góry to musi być…

19.10.12


- Tato, a co oni tam robią? – Ida i Kacper wskazali na dwie osoby, które wędrowały po lesie niedaleko nas. Dzieci były zdziwione, bo ludzie napotykani przez nas podczas wycieczek w przyrodę, zazwyczaj gdzieś się śpieszą, biegną albo głośno ze sobą rozmawiają. Ci zaś byli cicho, szli powoli i dokładnie oglądali ziemię pod nogami.
Trudną na pozór zagadkę rozwiązałem bardzo szybko:

11.10.12

O eksperymencie, jakiemu poddaliśmy kolorowe jesienne liście

Jesienne liście przyniesione z lasu. Fot. W. Mikołuszko
- Tato, ty zbierasz liście? – zdziwiły się dzieci.
- A, tak… - westchnąłem. – Chcę sprawdzić taki jeden eksperyment.
I znów podniosłem z ziemi kolorowy liść, obejrzałem go, po czym włożyłem do kieszeni.

4.10.12

O dzięciole i jego kuźni
- Tato, słyszę go – zawołała Ida.
Zamilkliśmy. Z koron drzew dotarł do nas jakiś szum, stukot i skrzypienie. Przysłuchiwaliśmy się mu uważnie.
- E… - przerwałem ciszę. – To nie dzięcioł. To wiatr rusza gałęziami drzew.
Naraz jednak dosłyszałem coś innego. W koronie wysokiej sosny rozległo się inne stukanie. Wyraźne, głośne, nie do pomylenia z czymkolwiek innym.
- Ida – krzyknąłem – wrócił. Patrz tam, na uschniętej gałęzi odchodzącej od pnia w prawo.
Podałem mojej córce lornetkę. Z trudem nakierowała ją na wspomniany konar.
- Widzisz? – zapytałem.
- Uhm – mruknęła bez przekonania.
Dzięcioł był rzeczywiście trudny do zauważenia. Zrobiłem mu zdjęcie aparatem  bez teleobiektywu, ale poza sosną, na której siedział, niewiele na nim widać:
Sosna, na której gałęzi dzięcioł duży urządził sobie kuźnię. Fot. W. Mikołuszko
Nawet po przybliżeniu dzięcioł jest słabo widoczny, niemniej da się już dostrzec czarno-białe upierzenie i czerwoną plamę pod ogonem. 
Dzięcioł duży na swojej kuźni (zdjęcie wycięte z większej fotografii). W. Mikołuszko