5.8.13




Dzieci doktora Motyla from Multico Oficyna Wydawnicza on Vimeo.
.



Oczywiście, że będzie o przyrodzie! Proszę tylko obejrzeć zamieszczony powyżej filmik promocyjny, a stanie się to jasne. Powieść „Dzieci doktora Motyla” w księgarniach już od września. I tyle na ten temat wystarczy. Pochwaliłem się i idę obgryzać paznokcie ze zdenerwowania, czy moja wycieczka w świat fikcji literackiej spodoba się czytelnikom.

Krótko wyjaśnię też, że blog nadal będzie, niestety, w stanie zawieszenia. Zgodnie z zaleceniami lekarzy nie powinienem się przemęczać. To zaś oznacza, że na razie troszkę muszę ograniczyć aktywność zawodową. Zapraszam za to do lektury moich felietonów „Wielkie pytania małych ludzi” co piątek w „Gazecie Wyborczej”. Odpowiadam tam na pytania małych czytelników. Zachęcam do przesyłania ich na adres WielkiePytania@agora.pl

O polskiej przyrodzie zaś piszę w cyklu „Patrz!” na stronach portalu Hello Zdrowie.

I niech upał nie odstrasza nikogo od podziwiania piękna naszej przyrody!
 

8.7.13

Blog na zwolnieniu lekarskim

Drodzy czytelnicy, z powodów zdrowotnych musiałem na pewien czas zawiesić aktualizację bloga. Przepraszam najmocniej, ale liczę, że wkrótce wrócę do aktywnego pisania tutaj. Dziękuję wszystkim za wyrozumiałość.

21.6.13


Przyznam szczerze, że takie prace w pierwszej chwili mnie przerażają. Kiedy widzę te długie linie dziwnych skrótów, cyfr, literek i niezrozumiałych słów, to aż skóra mi cierpnie. Ale dla zaskrońców zdobyłem się na wiele. Bardzo lubię te węże, bo często widzimy je na spacerach z dziećmi. Szparko przemykają wśród traw. A jak sprawnie pływają! To prawdziwa przyjemność je tak obserwować. Polują na żaby i ryby, nie gardzą myszami i pisklętami. Ich szare cielsko osiąga najczęściej około 1,2 m długości, a największy okaz miał podobno 2 metry. Ich nazwa – zaskrońce – pochodzi od dwóch żółtych, z daleka widocznych plam, które znajdują się w tyle głowy, za skroniami.
Mimo, że są pospolite, to wcale ich się dużo nie bada. Jakoś umykają uwadze naukowców. Nie są zagrożone wyginięciem, więc może dlatego? W każdym razie ucieszyłem się, gdy znajomy powiedział mi, że pomaga niemieckiej badaczce zbierać jakieś resztki polskich zaskrońców. Pracowała podobno nad analizą genów tych węży. I właśnie dowiedziałem się, że praca się ukazała. Udało mi się nawet ją przeczytać (no dobrze, pominąłem te najbardziej techniczne fragmenty…). Oczywiście, nazw tych wszystkich genów i procedur nie zamierzam tu przytaczać. Chętnie za to opowiem o wnioskach, jakie z tych badań wypływają.

14.6.13



„Czy będzie post o rakach?” napisała do mnie autorka zaprzyjaźnionego bloga Frajda Przyrodnika. Dobrze, będzie. Już jest. I zamierzam się z tej okazji rozprawić z poglądami, które uparcie krążą po Polsce. Co i rusz zdarza mi się słyszeć coś w rodzaju „A tutaj są raki? Znaczy się, że woda czysta, bo raki, jak słyszałem żyją tylko w czystych wodach”. Albo też „To będziemy łowić raki? Pamiętam, jak dziadek opowiadał, jakie są smaczne…”.

7.6.13




A to miłe zaskoczenie! Byłem przekonany, że ta książka po latach utraciła cały swój urok. W końcu od czasu, gdy Włodzimierz Puchalski - nasz słynny fotograf przyrody, może nawet pierwszy wielki - robił te zdjęcia, minęło ponad pół wieku. Technika poszła hen, hen, naprzód. Artystyczne umiejętności fotografów także. To, co kiedyś wydawało się niesamowitym ujęcie, dziś blednie wokół pełnych dynamiki, koloru i zaskakujących pomysłami zdjęć nowoczesnych. Wznawianie „Bezkrwawych łowów” Puchalskiego wydało mi się więc zupełnie nietrafionym pomysłem. Gdy jednak wziąłem tę książkę w ręce, zmieniłem zdanie. Uf, jak to dobrze czasem się mylić.

31.5.13



- Tato, wbija, właśnie wbija! – krzyknął mój syn.
Byliśmy właśnie na wycieczce do lasu. Poprzednie 10 dni spędziłem w USA, gdzie – jak się pochwalę – dostałem krótkie stypendium w Marine Biological Laboratory. A jako że oglądałem przyrodę amerykańską, a nie polską, na blogu – za co przepraszam – panowało przedłużone milczenie. Zaraz po powrocie czekała mnie jednak przyjemna niespodzianka. Niedawno bowiem, w „Owadach Polski” prof. Marka Kozłowskiego przeczytałem fascynujące rozdziały o zgłębcach i trzpiennikach. I na jednego z nich natrafiłem właśnie podczas pierwszej naszej wycieczki „w przyrodę” po moim powrocie z USA. Zauważyłem, jak wokół nas latał smukły, czarno-żółty owad o odwłoku zakończonym długą szpilą. Zwróciłem nań uwagę Idy i Kacpra, ale wkrótce potem ruszyłem dalej. Dzieci jednak nie dały spokoju, obserwowały przybysza i gdy usiadł na ławce uważnie mu się przyglądały. Tak odkryły, jak zaczął on wykonywać jakieś przedziwne ruchy. Gdy Kacper zawołał mnie, pochyliłem się wraz z dziećmi nad starą ławką. To musiał być zgłębiec trzpiennikowaty.

16.5.13


Straszna broń strasznej biedronki


Jesienią i wiosną arlekiny zbierają się czasem w liczne skupiska. Wtedy też potrafią przekazywać sobie zarazki. Fot. Andreas Vilcinskas, Justus Liebig University, Giessen, Germany

Ależ utrafiłem! Tydzień temu opisałem tutaj inwazję azjatyckiej biedronki Harmonia axyridis, zwanej czasami arlekinem. A właśnie dziś najnowsze „Science” donosi o rozwiązaniu zagadki niezwykłego sukcesu tego owada. Ha, ten mały owad, jak się okazało, korzysta z prawdziwej broni biologicznej. To z jej pomocą sieje spustoszenie wśród swoich konkurentów.

9.5.13


Harmonia axyridis - azjatycka biedronka, która zadomowiła się w Polsce, występuje w kilku formach barwnych. Ta jest najczęstsza. Fot. P. Ceryngier.
- Tylko nie pisz, że gryzie ludzi – poprosił mnie dr Piotr Ceryngier z Centrum Badań Ekologicznych PAN.
- Szkoda – powiedziałem, ale nic mu nie obiecałem. Bo tej biedronce naprawdę zdarza się ugryźć ludzi. Co prawda nie na tyle często, by straszyć nią i robić z niej ludożerczynię. Historia o kąsającej biedronce podobno dawno już przerosła fakty. Ale żeby od razu o tym nie pisać? Nie, tego nie mogłem obiecać.
Rzadsza forma barwna arlekina. Fot. P. Ceryngier.

I jeszcze jedna forma barwna H. axyriridis. Fot. P. Ceryngier.
 Biedronka, którą tak straszy się Polaków, nazywa się Harmonia axyridis. Ponieważ trudne to do wymówienia, czasem stosuje się też wersję „arlekin” utworzoną od angielskiego miana „harlequin ladybird”.  Pochodzi ona z dalekiej Azji. W Polsce po raz pierwszy napotkano ją zaledwie 7 lat temu. Bardzo szybko się jednak rozprzestrzenia. 

25.4.13



Roboty przybywa z każdym dniem. Młode królowe trzmieli ziemnych już teraz zakładają gniazda. Żeby odchować potomstwo, muszą się najeść. Potem ich córki zaczną pracowicie zbierać nektar dla kolejnych pokoleń. W każdym kwiecie jest tylko trochę słodkiego i pożywnego napoju. Roślinie zależy, by trzmiel ją odwiedził, a przy okazji przeniósł ziarna pyłku z jednego kwiatu na drugi. W tym interesie zarabiają więc obie strony. By biznes się jednak udał, muszą ze sobą jakoś się dogadać. Kwiaty informują zatem trzmiele o zawartości nektaru za pomocą kolorów, również tych niewidzialnych dla ludzkiego oka. Rozsyłają też wieści poprzez zapach. A niedawno co odkryto, że kwiaty i trzmiele rozmawiają także poprzez... prąd elektryczny. I to jak!

19.4.13


 
Żaba zielona z Puszczy Kampinoskiej. Fot. Marzena Hmielewicz / Adventurepictures.eu

Doczekałem się! Wiosna w pełni. Zawilce kwitną, leszczyny też. W wodach pełno żab i traszek. Gody płazów rozpoczęte. Ba, ale co to za gody! Tajemnica goni tam tajemnicę. Dosłownie. To w naszym kraju odkryto jeden z najbardziej zagadkowych sposobów rozmnażania w świecie zwierząt.
Prof. Leszek Berger, który zaobserwował to dziwne zjawisko, miał ogromne kłopoty z obroną swojej pracy habilitacyjnej. Zarzucano mu, że jego tezy są sprzeczne z dokonaniami genetyki i współczesnej biologii. Karierę miał więc utrudnioną, wszystkie szczeble przechodził z opóźnieniem. Dzisiaj wiemy, że to on jednak miał rację.
Wszystko zaś poszło o pospolite i jakże zwyczajne żaby zielone. 

12.4.13



Tatrzańskie kozice. Fot. Tomasz Zwijacz-Kozica
A to ci ambaras! W Tatrach świat stoi na głowie – przynajmniej u kozic. We wszystkich innych górach te urocze górskie ssaki najbardziej zestresowane są zimą. Wiadomo: jedzenia mało, zimno, lawiny zabijają. Jest czym się denerwować. Latem zaś luz-blues: pokarmu w bród, niebezpieczeństw mniej. Niestety, nie w Tatrach. Właśnie się dowiedzieliśmy, że nasze kozice najwyższy poziom hormonów stresu mają właśnie w ciepłych miesiącach.
Tatrzańska kozica. Fot. Tomasz Zwijacz-Kozica

5.4.13



 
Żurawie wśród śniegu. Fot. Marzena Hmielewicz/Adventurepictures.eu

Starałem się jak mogłem ignorować upartą zimę, ale w końcu muszę się poddać. Udawanie, że nie widzę, co się dzieje, nie przyniosło bowiem żadnych rezultatów. Śnieg od miesiąca nie chce stopnieć, temperatury krążą wokół zera (z tendencją do spadania poniżej). Większość naszych ptaków wędrownych zatrzymała się gdzieś na południu, niektórzy mówią, że w delcie Dunaju, a może i jeszcze dalej. Parę oznak zbliżającej się wiosny jednak gdzieś tam czasem można dostrzec. Na warszawskim Ursynowie dojrzałem pliszkę, która zdecydowała się mimo wszystko przylecieć. Wydaje mi się, że raz słyszałem skowronka. A podczas przerwy świątecznej jak nic widziałem tropy żurawia na śniegu. Moja mama potwierdziła, że była świadkiem, jak ten piękny i wielki ptak wędruje pośród wszechobecnej bieli na polach Podlasia. Marzenka Hmielewicz zaś przesłała mi zdjęcia żurawi, jakie zrobiła podczas świątecznego wypadu na Pomorze (jedno zamieściłem na górze, drugie - poniżej). 

Żurawie wśród śniegu. Fot Marzena Hmielewicz / Adventurepictures.eu


Ha, ciężko żurawiom będzie, oj ciężko. Z drugiej strony, jeszcze niedawno pamiętam, że ten ptak był wyjątkową rzadkością. Krył się gdzieś wśród niedostępnych bagien. Zobaczyć go – to był niemal cud. O jego obecności świadczyły głównie głośne i bardzo charakterystyczne okrzyki, które niosły się daleko wśród pól, lasów i łąk. Żuraw bał się ludzi i unikał ich jak ognia. Ostatnimi laty jednak coś mu się w głowie „poprzewracało”.

26.3.13


Tak, to nie żart. Niedaleko Warszawy naprawdę jest miejsce, gdzie zgromadzono 6 milionów zwierząt. To największa kolekcja zoologiczna w całej Polsce. Jej zbiory stanowią połowę wszystkich okazów, jakie znajdują się w całym naszym kraju. Ale trafić tam niełatwo. Nie organizuje się tam wycieczek. Nie ma muzeum ani wystawy. Po prostu stoi tam wielki magazyn, w którego szufladach, szafach i na półkach tkwią okazy zbierane po całym świecie przez polskich przyrodników od ponad 200 lat. To niemal cud, że te słoje i wypchane skórki przetrwały zmienne losy naszej historii, w tym dwie wojny i dwa pożary. A znajdują się one w…
Dominika Mierzwa pokazuje kolekcję zakonserwowanych gadów i płazów. Fot. Marzena Hmielewicz, Adventurepictures.eu

22.3.13



Oj, ta zima uparła się, by nas nie opuścić. Zgodnie ze swym postanowieniem będę jednak pisał o „wiosennych” odkryciach. Natrafiłem na dwie ciekawe prace i śpieszę, by o nich donieść. Jedna jest o srokoszu. Ten nieduży, ale bardzo drapieżny ptak z grupy dzierzb, ma obyczaj nabijania swoich ofiar na „pal”, czyli na gałęzie, kolce lub druty. 



Druga praca poświęcona jest tygrzykowi paskowanemu, o którym już tu kiedyś pisałem. Ten pięknie ubarwiony pająk, jeszcze do niedawna był wielką rzadkością w Polsce. Dziś stał się bardzo pospolity.


A zatem zaczynajmy:

15.3.13

 - Oddaj mi! – zażądałem.
- To ty jeszcze nie przeczytałeś? – mruknął Kacper nie odrywając oczu od książki.
- Zaraz przeczytam, oddawaj! – powiedziałem, wyciągając rękę przed siebie.
Mój syn niechętnie odsunął od siebie książkę, komiks przyrodniczy „Norka zagłady”. Niedawno przysłał mi ją autor, Tomasz Samojlik, naukowiec z Instytutu Biologii Ssaków PAN, który ilustrował dwie moje książki. Współpraca z nim układała mi się doskonale. Dla Tomka była tylko przygodą na jego popularyzatorskiej drodze. Samodzielnie napisał i wydał kilka książek. Prawdziwą furorę robią jednak jego komiksy przyrodnicze dla starszych i młodszych dzieci. Ida i Kacper je uwielbiają. Bohaterami tych komiksów są zwierzęta, najczęściej ssaki z Puszczy Białowieskiej, które przeżywają przygody, broniąc środowiska. Tytuły mówią same za siebie – w „Ostatnim żubrze” (moim ulubionym komiksie Tomka!) bohaterem był żubr, w „Ryjówce przeznaczenia” – oczywiście ryjówka, a w „Norce zagłady” – no, właściwie też ryjówka :), ale norek tam nie brak, oj nie, Jak to w całej naszej przyrodzie.

9.3.13



Łoś w Puszczy Kampinoskiej. For. Marzena Hmielewicz, Adventupictures.eu

Zobaczyłem tylko dwa. Inni opowiadali o klempie z młodym. I o tym, że poprzedniego dnia doliczono się pięćdziesięciu łosi. Mówiła mi to Marzena Hmielewicz, która zrobiła wówczas też powyższe zdjęcie. W piątek, 8 marca, gdy ja wziąłem udział w liczeniu dużych ssaków w Kampinoskim Parku Narodowym, nie było już tak pięknie. Temperatura spadła, niebo zachmurzyło się, a i zwierzęta mniej chętnie wychodziły nam na spotkanie. Dzień z pewnością nie był jednak stracony: wybiegły mi naprzeciw dwa warchlaki, czyli małe dziki, które niedawno przyszły na świat. Przemknęło kilka stad saren i właśnie te dwa łosie. Ogromne, bo w końcu to największy żyjący przedstawiciel rodziny jeleniowatych. Osiągają 3 m długości, 2 m wysokości, 400 kg wagi. I zaczynają sprawiać poważne kłopoty.

1.3.13


Poprzednio pisałem, że mam dość zimy i liczę, iż kolejny wpis będzie wiosenny. Tak też się stanie. Ale nie będzie to wpis radosny, oj nie. Ptaki zaczynają wracać do nas z ciepłych krajów. I to jest jeszcze miła wiadomość. Ale wracają zdziesiątkowane. Właśnie przeczytałem, jak wiele ich się zabija w Libanie. Tamtejsi myśliwi masakrują bociany, ptaki szponiaste i drobne wróblaki nawet tysiącami. Widać to na zdjęciach, które tu zamieszczam. Zanim przejdę do szczegółów, muszę jednak coś wyjaśnić.

22.2.13



Ech, kiedy wreszcie przyjdzie ta wiosna? Śnieg za oknem mnie już męczy. Podczas wycieczek w przyrodę wypatruję oczy za pierwszymi oznakami nowej pory roku. Dzień co prawda wydłuża się, ale wszędzie biało i biało. Widziałem gile, kosy, dzięcioły zielone – ale to wciąż nie zapewnia wiosny. Skoro jednak wciąż tak zima trzyma, to postanowiłem opisać całą garść „zimowych” badań polskiej przyrody.

14.2.13

Wycieczka do Puszczy Białowieskiej
Ha, jak to dobrze mieć nawyk sprawdzania źródeł! Bardzo mnie zmartwiła wiadomość, jaką wyczytałem w „Rzeczpospolitej”. Opublikowany w niej artykuł głosił, że „Polacy coraz rzadziej chodzą do lasu”. Dowiedziałem się z niego, iż siedem lat temu „tylko 16 procent badanych zadeklarowało, że nie chodzi do lasu, teraz aż 29 proc. udzieliło takiej odpowiedzi. 49 proc. Polaków bywa w lesie okazjonalnie a tylko 21 proc. - często”. Dla mnie, który od lat promuję kontakt z przyrodą, to nie były wesołe nowiny. Chciałem jednak zobaczyć pełen raport i poprosiłem o jego udostępnienie rzecznika prasowego Lasów Państwowych. Gdy otrzymałem materiały, wstąpiła we mnie nadzieja. „Rzeczpospolita” ma jednak nieco przestarzałe wiadomości :)

24.1.13






- A to co za ptak? – krzyknąłem wpatrując się w karmnik.
Mieszkamy na betonowym osiedlu i zazwyczaj niewiele ptaków przylatuje do naszego karmnika. Trafiają się gołębie miejskie, kawki, wróble, sikory modre i bogatki. Zdarzają się dni, gdy odwiedzi nas jeden, dwa ptaki. Ostatni atak zimy zmienił to jednak diametralnie. Śnieg, który zasypał Warszawę, przygnał do naszej jadłodajni całą czeredę gości. Sikorki zlatywały się stadami i pozwalały się dokładnie obserwować. Pojawił się nawet dzwoniec, którego nigdy w życiu w naszym karmniku wcześniej nie widziałem. I wreszcie TEN dziwny ptak. Za mały na kawkę, za duży na wróbla. Powoli podchodziłem, by przyjrzeć się temu stworzeniu.
- Ależ to szpak! – zawołałem.
Nie miałem wątpliwości – z nastroszonymi piórkami w naszym karmniku siedział najprawdziwszy szpak. Tymczasem, zgodnie z regułami, jakie rządzą tym gatunkiem, powinien on być w południowej Europie, gdzie objadałby się słodkimi winogronami (ku utrapieniu producentów wina). Szpaki są przecież ptakami wędrownymi. Przylatują do nas na wiosnę i odlatują jesienią. Dlaczego więc ten został?

16.1.13



Na początek muszę się przyznać, że w oficynie, która wydała „Moich skrzydlatych pacjentów” ja również publikuję swoje książki. Jeśli więc ktoś nie wierzy w szczerość moich opinii, proszę nie czytać dalej. Bo wspomnienia dra Andrzeja Kruszewicza, założyciela i wieloletniego kierownika Ptasiego Azylu w warszawskim zoo, a obecnie dyrektora tej instytucji, będę głównie chwalił. Przeczytałem tę książkę nawet moim dzieciom – dziesięciolatce i jedenastolatkowi – a tak przy tym się zaśmiewałem, że Kacper i Ida mieli trudności ze zrozumieniem, o co mi właściwie chodzi. Jakże trudno znaleźć dziś taką książkę: zabawną, ale nie złośliwą. Życzliwą dla ludzi i dla zwierząt. Taką, przy której można poprawić sobie humor, a przy okazji wiele się dowiedzieć i nauczyć.

8.1.13


Norka amerykańska wyjada dzikie polskie ptaki, więc te uciekają do... ludzi



Hm, no to mamy problem. Brzegi jezior mazurskich, które uznano za najbardziej zniszczone, przyciągają najwięcej dzikich ptaków wodnych: łysek i perkozów dwuczubych. Taki dziwny wniosek wypływa z pracy dra Marcina Brzezińskiego i współpracowników, do jakiej niedawno dotarłem.
Wszystko przez norkę amerykańską.

4.1.13





Nowy Rok witam z odmienionym blogiem. Nadal będzie o polskiej przyrodzie, ale nieco inaczej. Znikną opowieści o naszych rodzinnych wyprawach. Pojawią się za to nowości naukowe, książkowe i wydarzeniowe. Będę pisał o odkryciach polskich przyrodników, o publikacjach, jakie uda mi się wyszperać i przeczytać, o konferencjach lub wystawach, w których zdarzy mi się uczestniczyć oraz o wszelkich ciekawostkach, jakie wpadną mi w oko. Zawsze będzie to jednak o stworzeniach, które żyją w naszym kraju i które – przy pewnej dozie szczęście - można zobaczyć podczas wypraw w polską przyrodę. Bo choć na blogu nie będzie już relacji z rodzinnych wypraw, to zapewniam, że nie zamierzamy z nich rezygnować. Nic tak dobrze nie wpływa na mnie, moją żoną i naszą trójkę dzieci niż wycieczki przyrodnicze. Zgadzam się z Richardem Louvem, który w głośnej książce „Last Child in the Woods” zapewniał, że „przyroda nie kradnie czasu; ona go rozszerza”.  Dlatego liczę, że mój blog nadal będzie inspirować gości i czytelników do rodzinnych wypraw oraz samodzielnych obserwacji przyrodniczych.