21.6.13


Przyznam szczerze, że takie prace w pierwszej chwili mnie przerażają. Kiedy widzę te długie linie dziwnych skrótów, cyfr, literek i niezrozumiałych słów, to aż skóra mi cierpnie. Ale dla zaskrońców zdobyłem się na wiele. Bardzo lubię te węże, bo często widzimy je na spacerach z dziećmi. Szparko przemykają wśród traw. A jak sprawnie pływają! To prawdziwa przyjemność je tak obserwować. Polują na żaby i ryby, nie gardzą myszami i pisklętami. Ich szare cielsko osiąga najczęściej około 1,2 m długości, a największy okaz miał podobno 2 metry. Ich nazwa – zaskrońce – pochodzi od dwóch żółtych, z daleka widocznych plam, które znajdują się w tyle głowy, za skroniami.
Mimo, że są pospolite, to wcale ich się dużo nie bada. Jakoś umykają uwadze naukowców. Nie są zagrożone wyginięciem, więc może dlatego? W każdym razie ucieszyłem się, gdy znajomy powiedział mi, że pomaga niemieckiej badaczce zbierać jakieś resztki polskich zaskrońców. Pracowała podobno nad analizą genów tych węży. I właśnie dowiedziałem się, że praca się ukazała. Udało mi się nawet ją przeczytać (no dobrze, pominąłem te najbardziej techniczne fragmenty…). Oczywiście, nazw tych wszystkich genów i procedur nie zamierzam tu przytaczać. Chętnie za to opowiem o wnioskach, jakie z tych badań wypływają.

14.6.13



„Czy będzie post o rakach?” napisała do mnie autorka zaprzyjaźnionego bloga Frajda Przyrodnika. Dobrze, będzie. Już jest. I zamierzam się z tej okazji rozprawić z poglądami, które uparcie krążą po Polsce. Co i rusz zdarza mi się słyszeć coś w rodzaju „A tutaj są raki? Znaczy się, że woda czysta, bo raki, jak słyszałem żyją tylko w czystych wodach”. Albo też „To będziemy łowić raki? Pamiętam, jak dziadek opowiadał, jakie są smaczne…”.

7.6.13




A to miłe zaskoczenie! Byłem przekonany, że ta książka po latach utraciła cały swój urok. W końcu od czasu, gdy Włodzimierz Puchalski - nasz słynny fotograf przyrody, może nawet pierwszy wielki - robił te zdjęcia, minęło ponad pół wieku. Technika poszła hen, hen, naprzód. Artystyczne umiejętności fotografów także. To, co kiedyś wydawało się niesamowitym ujęcie, dziś blednie wokół pełnych dynamiki, koloru i zaskakujących pomysłami zdjęć nowoczesnych. Wznawianie „Bezkrwawych łowów” Puchalskiego wydało mi się więc zupełnie nietrafionym pomysłem. Gdy jednak wziąłem tę książkę w ręce, zmieniłem zdanie. Uf, jak to dobrze czasem się mylić.