7.6.13




A to miłe zaskoczenie! Byłem przekonany, że ta książka po latach utraciła cały swój urok. W końcu od czasu, gdy Włodzimierz Puchalski - nasz słynny fotograf przyrody, może nawet pierwszy wielki - robił te zdjęcia, minęło ponad pół wieku. Technika poszła hen, hen, naprzód. Artystyczne umiejętności fotografów także. To, co kiedyś wydawało się niesamowitym ujęcie, dziś blednie wokół pełnych dynamiki, koloru i zaskakujących pomysłami zdjęć nowoczesnych. Wznawianie „Bezkrwawych łowów” Puchalskiego wydało mi się więc zupełnie nietrafionym pomysłem. Gdy jednak wziąłem tę książkę w ręce, zmieniłem zdanie. Uf, jak to dobrze czasem się mylić.


Owszem, czarno-białym zdjęciom daleko do ostatnich  laureatów międzynarodowego konkursu fotografii przyrodniczej Wildlife Photographer of the Year. Niemniej jest w nich coś, czego tam często nie ma: opowieść, historia. Każdy z rozdziałów „Bezkrwawych łowów” zaczyna się krótkim tekstem. Puchalski opowiada w nim jak ze swym młodym pomocnikiem, Wackiem, a czasem też i gajowym Bartkiem, obserwuje przyrodę i przygotowuje się do jej fotografowania. Teksty te często kończą się nagle, jak ucięte. Ale to tylko wrażenie. Bo ich wątek podejmują zdjęcia na kolejnych stronach. Historia toczy się więc dalej. Tekst splata się z fotografiami. Opowieść wciąga, bawi, cieszy. Nie ma w niej skandali, szokowania, brutalności. Jest za ta radość z podpatrywania przyrody. Zauroczenie jej pięknem. Miłość do niej.

Czegóż chcieć więcej?


2 komentarze: